Całą sobotę przesiedziałam w domu. Nawet na chwilę nie wyszłam na dwór. W niedzielę wybrałam się jedynie na mszę do kościoła.
Upał pozbawia mnie wszelkich sił witalnych. Nie znoszę sytuacji, w których pot leje się ciurkiem po plecach i zalewa oczy, sprawiając, że czuję się niekomfortowo.
Moja energia podczas weekendu skupiała się na wstawieniu dwóch prań, umyciu okien, usmażeniu racuchów, opiłowaniu paznokci, podlaniu kwiatków, kąpieli oraz graniu w scrabble.
Z sofy świadomie przeniosłam się na podłogę. Tutaj jest chłodniej. Laptop postawiłam na drewnianym stoliku. Obok niego kubek z kawą, szklanka z wodą i telefon. Wszystko po to, by ruszać się jak najmniej.
W nocy spać też nie jest łatwo. Temperatura w mieszkaniu nie jest zła, lecz pełnia księżyca daje się we znaki. Plus wstawanie do toalety średnio po dwa, trzy razy.
Podobno od jutra ma być chłodniej. Oby, bo mam wrażenie, że jeszcze trochę i się rozpuszczę, roztopię i zniknę.
A księżyc uchwycony okiem Męża.
