Wiem, że z pewnością nie należę do łatwych pacjentów/klientów. Jestem bowiem odrobinę ostrożna, po części nieufna, trochę sceptyczna i stuprocentowo dociekliwa. Zadaję masę pytań w obszarach, które mnie ciekawią oraz intrygują. Drążę takie tematy, poszukuję odpowiedzi, głodna wiedzy.
Im więcej się dowiaduję, tym bardziej zdaję sobie sprawę z tego, jak niewiele wiem.
Wciąż zdarzają się bowiem sytuacje, które uderzają we mnie jak przysłowiowy obuch w łeb. Są jak prysznic lodowatej wody.
Niejednokrotnie pisałam, że wiedza daje świadomość problemu i rodzi odpowiedzialność za jego rozwiązanie. Nieaktualne przecież będzie wtedy stwierdzenie: "ale ja o tym nie wiedziałam". Już wiem i mogę coś z tym zrobić. Oczywiście o ile zechcę.
Jeśli chodzi o mnie samą - w tej kwestii jest niezwykle łatwo, gdyż jestem otwarta, gotowa i chętna nawet na najcięższą pracę nad własną psychiką oraz emocjami. Pewnie, że istnieje jakaś obawa, ale zawsze w takich chwilach mam przed oczami światło, które czeka mnie na końcu ciemnego tunelu. Przechodziłam przez niego wiele razy, więc mam już doświadczenie i pamiętam tę ulgę, radość i spokój, które dopiero po przejściu tej drogi można poczuć.
Jeśli chodzi o innych - tu jest o wiele trudniej, gdyż o ile to możliwe staram się rozmawiać, pokazywać pewne kwestie, uświadamiać, motywować, zachęcać do podjęcia jakichś działań, lecz gdy druga strona nie jest gotowa/nie chce/nie potrzebuje/nie rozumie, nie mogę zrobić nic innego, jak tylko się wycofać i zdystansować, bo to nie moje życie, nie mój wybór i nie moja decyzja.
Wielu rzeczy nie rozumiem. Jak choćby tego, że są ludzie, którzy nie chcą dać sobie pomóc; którzy wolą tkwić w martwym punkcie, niż zacząć zmieniać siebie, swoje nastawienie i swoje przekonania, by w końcu przestać cierpieć, poczuć się lepiej i żyć pełnią życia. Ale oni mają do tego prawo. Tak samo jak ja mam prawo takiego zachowania nie rozumieć.
Medycyna, duchowość, psychika - fantastycznie byłoby je wszystkie połączyć, z nich czerpać i potraktować je jak trzy mocne filary jednej budowli. Najczęściej skupiamy się na tej pierwszej albo łączymy ją z drugą, zapominając (albo traktując po macoszemu) trzecią.
Ludzki mózg jest potęgą. Sam wie co dla niego najlepsze. Sam podsuwa gotowe rozwiązania. Sam może się uzdrowić. Zwariowałam? O nie, bynajmniej - dopiero teraz dociera do mnie ten niby pozornie banalny i wyświechtany przekaz - ludzki mózg jest potęgą.
Na każdym spotkaniu z terapeutą widzę tego efekty. Choć byłam sceptyczna, nieufna i ostrożna. Ciała nie da się oszukać. Mózgu nie da się oszukać. Doświadczam fizycznych objawów. Odczuwam emocje. Słyszę gotowe odpowiedzi. I czuję się coraz lepiej.
Zyskuję świadomość czemu tak często chorowałam w dzieciństwie, a także kiedy, dlaczego, skąd, jak i po co pojawiła się u mnie duszność w klatce piersiowej oraz problemy z oddychaniem prowadzące do zdiagnozowanej astmy oskrzelowej, Hashimoto i niedoczynność tarczycy, migreny, ból kręgosłupa oraz jego przepuklina.
Zaczynam wsłuchiwać się w swoje ciało. Obserwuję je bacznie. Łączę sygnały, które mi ono wysyła ze zdarzeniami i emocjami, jakie te ostatnie w nim wywołują.
Ostatnio, po bardzo udanej sesji u Czarodzieja, zaczęłam dopytywać o przyczyny - jak to, dlaczego, kto, kiedy i tak dalej. Chodziło mi o kwestię podatności na zachorowanie na nowotwory. Jak to jest, że niektórzy chorują, a inni nie? Dlaczego akurat ten człowiek, a nie inny? Kto najczęściej? Kiedy tak się dzieje?
Pytałam mojego guru, który jest praktykiem. W ciągu kilkunastu lat pracy spotkał on na swojej drodze zawodowej około dwunastu tysięcy chorych na raka. Po pewnym czasie doszedł już do takiej wprawy, że siadając przy łóżku pacjenta, nie zapoznawał się wcześniej z historią jego choroby, lecz pytał o to, jak wyglądało jego życie. Po tym, co usłyszał, wiedział już z jakim nowotworem ma do czynienia.
To nie jest science fiction. To nie jest matrix. To jest życie.
Na tamte dwanaście tysięcy spotkanych ludzi może pięcioro, może sześcioro wiodło je normalnie i spokojnie. U reszty na kilka lat (ponoć kluczowe są ostatnie dwa) przed diagnozą zadziało się coś traumatycznego. U wielu był to długofalowy proces, w którym ciało buntowało się przeciwko temu, co jego właściciel przeżywał, w ten sposób nie zgadzając się na to, co się dzieje.
Nowotwór nie bierze się ze szczęścia.
Przykład? Podam jeden z własnego podwórka. Odkąd sięgam pamięcią moja matka była wiecznie chora - pobyty w szpitalach i sanatoriach - problemy z nerkami (jedna operacja), z pęcherzykiem żółciowym (druga operacja), a potem rak, który można potraktować jak czerwoną kartkę. Wtedy cudem uniknęła przerzutów, lecz jej system odpornościowy został na tyle mocno uszkodzony, że teraz wychwytuje wszystkie możliwe choroby, czego dowodem są problemy z kręgosłupem (trzecia operacja) i szereg coraz to nowych dolegliwości bólowych, które nieprzerwanie odczuwa.
Jak to interpretować? Czterdzieści sześć lat bycia żoną alkoholika niewątpliwie jest życiem w przewlekłym stresie. Gdyby moja rodzicielka była typem choleryczki, awanturnicy i despotki, miałaby możliwość wyładowania swoich emocji. Ale że jest klasycznym przykładem Matki Polki, zamiatającej pod dywan wszystkie domowe brudy, żyjącej w nieustannym lęku pod pantoflem patologicznego (i wciąż pijącego) męża, sama nie daje sobie prawa do wyrażania własnych emocji. A te w miejscu nie ustoją. Wyjść z niej potrzebują. Wchodzą więc w osłabione komórki jej ciała, siejąc gigantyczne spustoszenie.
To nie jest wymyślona historia. To jest życie.
Pytałam Czarodzieja o nowotwory u dzieci. I to, co usłyszałam, wciąż noszę w sobie. Jest to wiedza, o której wielu lekarzy nie ma bladego pojęcia, a ci, co ją mają, niekoniecznie są zainteresowani jej ujawnieniem. Tak naprawdę tylko terapeuta przez duże "T" pracujący z ludźmi chorymi onkologicznie może się nią podzielić.
Dziecko chore na raka pojawia się w danej rodzinie po coś. Przeważnie po to, by pokazać jakiś problem w relacji pomiędzy ludźmi. Jeśli zacznie się drążyć ten temat z rodzicami dzieciaka, okazuje się, że faktycznie tak jest. A rodzina nie musi być wcale na pierwszy rzut oka z gatunku patologicznej. Czasem nawet wręcz przeciwnie. I tak naprawdę należy skoncentrować się na dotarciu do źródła tamtego problemu i to nim się zająć. Nieraz sedno tkwi w czymś, co zadziało się jeszcze przed poczęciem maleństwa. Tylko który lekarz tym się zajmie? Większość skupi się jedynie na leczeniu objawów choroby u dziecka, a nie uzdrawianiem relacji w jego rodzinie.
Wydaje się, że nie doceniamy pewnych kwestii. A może przeceniamy inne. O niektórych nie mamy zielonego pojęcia. Wiele z nich możemy zmienić, gdyż mamy na nie wpływ. Ale do tego wszystkiego potrzebna i niezbędna jest wiedza.
Wiem, że spotkanie z Czarodziejem było po coś. Wiem, że jest to z pewnością jeden z najważniejszych nauczycieli w moim życiu. Wiem, że ono już nigdy nie będzie takie jak przedtem. Wiem, że tej wiedzy nie chcę zatrzymać dla siebie.
Na razie czytam, słucham, oglądam. Na pewno jeszcze niejednokrotnie się tym tutaj podzielę.
Tymczasem buduję swoje wiatraki.
