Jak dobrze jest czasem posłuchać samej siebie i nie robić czegoś kiedy: raz, że jest za ciemno, a dwa, że nie ma się już siły. Mowa o przesadzaniu kwiatków, za które chciałam brać się wczoraj wieczorem, a w ostateczności przełożyłam je na dzisiejszy poranek.
Co prawda Mąż z nieukrywanym zainteresowaniem przyglądał się moim poczynaniom i co rusz wyrażał swoje zdziwienie brakiem logiki i organizacji w działaniu (stwierdził, że jestem nieposkładana i nieprzygotowana), ale zupełnie nie mam pojęcia o co mu chodziło.
Geranium, grudnik oraz żonkile dostały nowe i większe doniczki, a zaszczepki mięty olbrzymią donicę. Posiałam też sałatę dla Pepe, który z góry nadzorował całą operację, fruwając mi nad głową i lądując oczywiście na którejś z dwóch roletek.
Zawiozłam (autobusem!) zwolnienie Dyrektora Wykonawczego, a potem poszłam do doktora Tomasza, który poratował mnie receptą na Euthyrox (zostały mi jeszcze tylko dwie tabletki) oraz skierowaniem na badanie krwi (TSH) i moczu.
Byłam też na biedronkowych zakupach, a tam oczom mym ukazał się widok iście świąteczny, aczkolwiek spodziewałbym się raczej jajeczek, kurczaczków i baranków, a tu piernikowe choinki w ilościach hurtowych.
Na obiad Głos Rozsądku ugotował spaghetti z zielonym pesto i mozzarellą. Takie proste, a takie pyszne danie - jedno z moich ulubionych.
Zjadłam, wypiłam zieloną herbatę, wzięłam siatkę w dłoń i znowu do sklepu. Tym razem po mleko, jabłka, marchewkę, szczypiorek, pomidory i odkamieniacz.
Wróciłam, wypiliśmy świeżo zaparzoną kawę ze spienionym mlekiem, a później Mąż zrobił sok bananowo-jabłkowy.
Niby nic nadzwyczajnego się nie dzieje, a tak mi radośnie, spokojnie i szczęśliwie na duszy.


