Po kilkunastu telefonach do różnych konsultantów dawnej telekomunikacji (czytaj: telekompromitacji) sprezentowany rodzicielce na Dzień Matki telefon wreszcie wyświetla wprowadzone przez Męża do pamięci urządzenia nasze imiona, a także inne numery dzwoniących osób. Brawa za trwający cały ubiegły weekend "pełen profesjonalizm" panów z pomarańczowej obecnie firmy.
Zrobiony przeze mnie w poniedziałkowy poranek (a odebrany dzisiaj) test ROMA jest w normie, więc - póki co - nie mam powodów do obaw. Choć uczciwie przyznam, że z duszą na ramieniu idę co pół roku po jego odbiór.
Na wczorajszym egzaminie z PJM prawdziwą furorę wśród całej trzyosobowej komisji zrobił Pepe, a raczej jego działalność twórcza, o której migałam, ale również którą pokazałam na zdjęciach poglądowych. Jak choćby na tym, na którym mały gagatek pije bananowo-pomarańczowy sok ze szklanki.
Zdałam na piątkę, co mnie cieszy, gdyż ten fakt otwiera mi drzwi do kursu uzupełniającego, na który prowadzący zakwalifikuje tylko wybrane osoby. Dodatkowe zajęcia z pantomimy, mimiki, praktyki z głuchymi oraz nauka wielu nowych słów byłaby bardzo rozwijająca.
Miganie pomogło mi "dogadać się" z sąsiadką, której niechcący zalaliśmy łazienkę na skutek zatkanego odpływu w wannie. Wezwani przez Dyrektora Wykonawczego panowie ze spółdzielni specjalną sprężyną załatwili sprawę za jedyne 30 złotych, a ja zamigałam o wszystkim zainteresowanej, przepraszając jednocześnie za nieumyślne spowodowanie szkód.
W pracy odbyłam dość długą i owocną rozmowę z szefową, dzięki której (po raz kolejny) utwierdziłam się w przekonaniu, że na lepszą przełożoną trafić nie mogłam, gdyż łączy nas (między innymi) dokładnie to samo podejście do wykonywanych obowiązków. Zaufanie, zrozumienie i wsparcie z jej strony - bezcenne.