W sobotę mama przywiozła trochę herbatników z osiedlowej cukierni. Dla Męża, bo ja za ciastkami nie przepadam. Obdarowany przesypał je do miseczki i postawił na stole. Sytuację - jak zwykle - wykorzystał Pepe, który po kilka razy dziennie przylatuje do kuchni na konsumpcję. Bezceremonialnie stając na krawędzi miseczki.
Nie zawsze mam pod ręką aparat i nie zawsze jestem w stanie pstryknąć fotki dowodowe w sprawie. Jak choćby przedwczoraj, kiedy to nasz kanarek zmieniał tylko talerze. Najpierw była degustacja ugotowanego ryżu, potem arbuza, by na koniec oczywiście przerzucić się na ukochane ciasteczka.
Jutro ponownie odwiedza nas rodzicielka. Zjemy razem obiad, wypijemy kawę, a potem - we troje - pojedziemy na cmentarz do Taty.
