Na tę moją wczorajszą "słabosilność" dobrze zrobił mi wieczorny spacer z Mężem. I choć trwał zaledwie dwadzieścia minut, to jednak dostęp do świeżego powietrza oraz widoku innego niż cztery ściany, pozytywnie wpłynął na moją psychikę. Z siłą było odrobinę gorzej, ale dałam radę.
A dzisiaj to już zupełnie co innego. Nie dość, że zmiana pogody na chłodniejszą, to jeszcze tuż po ósmej rano zadzwoniła pani z ZUS-u, żeby poinformować mnie, iż zwolnienie onkologiczne liczone będzie jako nowy okres zasiłkowy, co jest fantastyczną wiadomością, bo oznacza, że o trzy miesiące wydłuży mi się czas jego pobierania. A potem i tak mam składać wniosek o świadczenie rehabilitacyjne. Ale to dopiero nie wcześniej niż pod koniec września.
Sprawy finansowe w mojej sytuacji są niezwykle ważne, gdyż i tak przez chorobę mam obciętą jedną trzecią dochodu. Staram się ich pilnować, żeby przez niedopatrzenie czegoś nie przegapić. Na szczęście natrafiam na bardzo miłe i pomocne osoby, które czuwają nade mną i właściwie doradzają.
Odbyłam dziś kilka strasznie fajnych rozmów z bliższymi i dalszymi koleżankami. Wymieniłam kilkanaście SMS-ów. Poszłam także do paczkomatu po zamówioną wczoraj pomadę do brwi. Na kolację zrobiłam sobie sałatkę grecką i świeży chleb posmarowany pastą z suszonych pomidorów. I od razu mi lepiej.
Siedzenie w zamknięciu niekoniecznie dobrze mi robi. Potrzebuję bodźców zewnętrznych, widoku świata i ludzi, zapachu, wiatru, powietrza, ziemi pod stopami. Czekam na powrót Dyrektora Wykonawczego z pracy, by znowu pójść z nim na wieczorny spacer.
