Jeden piątkowy późnowieczorny telefon od "kwiatowej" koleżanki i oto po godzinie dwudziestej pierwszej Mąż wychodzi przed blok i wraca z dziesięcioma doniczkami surfinii/petunii (cokolwiek to jest - ważne, że kwitnie i zwisa) przywiezionymi przez wyżej wspomnianą.
Tak więc po raz pierwszy w życiu za wsadzanie roślin zabraliśmy się przy sztucznym świetle i całkowitej ciemności podczas wystawiania doniczek na balkon. Do końca nie byłam nawet pewna niektórych kolorów, bo - wiadomo - w dzień i w słońcu wszystko wygląda inaczej.
Może nie powinnam o tym wspominać, ale cały proces przygotowawczo-sadzeniowy umilała nam konsumpcja chipsów popijanych sokiem pomarańczowym. Niezdrowo, ale za to jak smacznie. Nic to, że potem oboje nie mogliśmy usnąć.
Nie wiem jak to się stało, ale wczoraj zabrakło nam ziemi i - chcąc nie chcąc - Dyrektor Wykonawczy został niejako zmuszony sytuacją pojechać rano po worek tejże w celu dosypania w tak zwane dziury. A jak już miałam świeży zapas ziemi, wpadłam na pomysł, by zrobić niespodziankę swoim kolegom i koleżankom. Jest mięta, są zaszczepki, są doniczki, więc sadzimy i zabieramy na ognisko.
Była mamusia, były kotlety, były młode ziemniaczki, była mizeria... Mniam, mniam...
Po obiedzie, a przed kawą i kupionym przez Męża tiramisu, wręczyliśmy jej prezent z okazji zbliżających się w nadchodzącym tygodniu imienin rodzicielki.
Odprowadziliśmy mamę na przystanek, a sami kupiliśmy po puszce energetyka na głowę - wszak czeka nas wieczorno-nocna impreza, a ciężko funkcjonować jak się samej obudziło Dyrektora Wykonawczego około piątej trzydzieści. Tak więc jak przystało na dobrą żonę, siedzę na sofie w kuchni i piszę notkę, a Mąż śpi na sofie w pokoju.


