Mniej więcej siedem godzin - tylko tyle i aż tyle - spędziliśmy wczoraj (i już dzisiaj) z częścią ludzi z mojej licealnej klasy.
Były przepiękne okoliczności przyrody, była pogoda jak na zamówienie, było pyszne jedzenie, były długie rozmowy, no i oczywiście było ognisko...
Do domu wróciliśmy dobrze po trzeciej nad ranem. Spać położyliśmy się przed czwartą, a obudziliśmy się po ósmej.
Dopiero później dzieliliśmy się z Dyrektorem Wykonawczym wrażeniami, bo każde z nas rozmawiało z kim innym i w innej konfiguracji.
Największym odkryciem była dla mnie żona mojego przyszłego radioterapeuty, która okazała się tak ciepła, wrażliwa i dobra, że przegadałyśmy ze sobą mnóstwo czasu, dzieląc się olbrzymią częścią naszego życia.
Na dodatek okazało się, że pracuje ona jako radiolog, więc usłyszałam, że jak tylko będę mieć skierowanie na pochemiczną kontrolną mammografię i USG, mam nie umawiać się w rejestracji, tylko od razu dzwonić do niej, gdyż sama się tym zajmie.
I jak tu nie wierzyć w przeznaczenie?

