Zaczęło się od takiego malutkiego koszyczka, do którego wkładałam każdą złotówkę. Kiedy już się w nim nie mieściły, przypomniało mi się, że w mieszkaniu u mamy jest nasza angielska czerwona budka telefoniczna. Wszystkie monety z koszyczka wylądowały właśnie w niej. Wrzucam je do tej pory, czekając kiedy zabraknie miejsca.
Nie zbierałam na nic konkretnego. Ot tak - na "czarną godzinę" - gdyby nie starczyło nam na chleb. Potem, po usłyszeniu diagnozy, powiedziałam do Męża, że wreszcie chciałabym spełnić swoje marzenie, które wciąż odkładałam na później - skok ze spadochronem (oczywiście w tandemie z instruktorem).
No i teraz wrzucając do czerwonej budki telefonicznej każdą złotówkę, wiem dobrze jakie będzie przeznaczenie tych pieniędzy. A że nie skoczę zanim nie ukończę leczenia i nie dostanę pozwolenia od lekarzy, tak więc przede mną jeszcze minimum rok zbierania.
Dyrektor Wykonawczy oczywiście przyklasnął mojemu marzeniu - mało tego - stwierdził, że sam też by skoczył. Mówisz - masz. Kupiłam dziś ogromną pękatą skarbonkę - ze dwa razy pojemnościowo większą od budki - niech Mąż też wrzuca monety. I ja się tam dorzucę, bo niedługo w mojej budce nie będzie wolnego miejsca. Ochrzciłam ją świnką spadochroniarką.
Wyszłam z domu przed dziewiątą, a wróciłam dobrze po trzynastej. Czułam się jak spuszczony ze smyczy piesek, który może sobie pobrykać, zobaczyć świat, ludzi i poczuć się wolny.
Byłyśmy z mamą w kilku sklepach. Mierzyłam biustonosze i znalazłam cztery, które przypadły mi do gustu. Zakupiłam również sporo ziarenek murzynka dla Pepe, serum do rzęs w promocyjnej cenie, zapas czekolad, wspomnianą wyżej świnkę oraz - pod kątem klasowych pieszych wycieczek - sportowe buty na grubszym spodzie - klik.
Byłyśmy też z mamą na obiedzie - pieczeń wieprzowa w sosie, do tego kopytka, zestaw surówek i kompot. Potem ona wsiadła w jeden autobus, a ja w drugi.
Przyszłam, wstawiłam trzy prania, rozwiesiłam, zrobiłam sobie kawę, zjadłam kawałek ogniskowego ciasta i wreszcie usiadłam na sofie, bo przyznam, że fizycznie trochę się zmęczyłam dzisiejszym wyjściem.

