Od Autorki

Teksty oraz zdjęcia zamieszczone na tym blogu są mojego autorstwa (jeśli jest inaczej, podaję źródło), stanowią więc moją własność.
Nie wyrażam zgody na ich kopiowanie, cytowanie i rozpowszechnianie w jakiejkolwiek formie bez mojej wiedzy oraz bez podania adresu tego blogu.
(Ustawa o prawach autorskich - Dz.U. z dnia 4 lutego 1994 r., nr 24, poz. 83)

poniedziałek, 8 lipca 2019

2770. Świnka spadochroniarka

Zaczęło się od takiego malutkiego koszyczka, do którego wkładałam każdą złotówkę. Kiedy już się w nim nie mieściły, przypomniało mi się, że w mieszkaniu u mamy jest nasza angielska czerwona budka telefoniczna. Wszystkie monety z koszyczka wylądowały właśnie w niej. Wrzucam je do tej pory, czekając kiedy zabraknie miejsca.

Nie zbierałam na nic konkretnego. Ot tak - na "czarną godzinę" - gdyby nie starczyło nam na chleb. Potem, po usłyszeniu diagnozy, powiedziałam do Męża, że wreszcie chciałabym spełnić swoje marzenie, które wciąż odkładałam na później - skok ze spadochronem (oczywiście w tandemie z instruktorem).

No i teraz wrzucając do czerwonej budki telefonicznej każdą złotówkę, wiem dobrze jakie będzie przeznaczenie tych pieniędzy. A że nie skoczę zanim nie ukończę leczenia i nie dostanę pozwolenia od lekarzy, tak więc przede mną jeszcze minimum rok zbierania.

Dyrektor Wykonawczy oczywiście przyklasnął mojemu marzeniu - mało tego - stwierdził, że sam też by skoczył. Mówisz - masz. Kupiłam dziś ogromną pękatą skarbonkę - ze dwa razy pojemnościowo większą od budki - niech Mąż też wrzuca monety. I ja się tam dorzucę, bo niedługo w mojej budce nie będzie wolnego miejsca. Ochrzciłam ją świnką spadochroniarką.


Wyszłam z domu przed dziewiątą, a wróciłam dobrze po trzynastej. Czułam się jak spuszczony ze smyczy piesek, który może sobie pobrykać, zobaczyć świat, ludzi i poczuć się wolny. 

Byłyśmy z mamą w kilku sklepach. Mierzyłam biustonosze i znalazłam cztery, które przypadły mi do gustu. Zakupiłam również sporo ziarenek murzynka dla Pepe, serum do rzęs w promocyjnej cenie, zapas czekolad, wspomnianą wyżej świnkę oraz - pod kątem klasowych pieszych wycieczek - sportowe buty na grubszym spodzie - klik.


Byłyśmy też z mamą na obiedzie - pieczeń wieprzowa w sosie, do tego kopytka, zestaw surówek i kompot. Potem ona wsiadła w jeden autobus, a ja w drugi.

Przyszłam, wstawiłam trzy prania, rozwiesiłam, zrobiłam sobie kawę, zjadłam kawałek ogniskowego ciasta i wreszcie usiadłam na sofie, bo przyznam, że fizycznie trochę się zmęczyłam dzisiejszym wyjściem.