W zeszłym roku Mąż zalecił zakup nowego dysku. Stwierdził, że lepiej dmuchać na zimne. Stary dysk lada moment mógł odmówić posłuszeństwa, a kupno nowego i tak jest tańsze niż wymiana laptopa. Potem ostrzegł mnie, że będzie bezpieczniej i szybciej jeśli zmieni system operacyjny z Windows na Linux, którego od lat jest ogromnym fanem.
Ja, jak to ja - do zmian w kwestiach technicznych podchodzę jak do jeża. Przyzwyczaję się do czegoś, a później jest mi ciężko odnaleźć się w czymś innym. Ale jak mus, to mus - w końcu jak się ma w domu informatyka, nie bardzo jest o czym dyskutować.
I tak od dzisiaj zaczęłam używać wersji Linuxa o dźwięcznej nazwie Zorin. Jest on synem Ubuntu, a wnukiem Debiana - taką wersję przekazał mi Dyrektor Wykonawczy, więc wierzę mu na słowo.
