Najpierw dwie i pół godziny spędzone na rehabilitacji, a potem prawie tyle samo czekania pod gabinetem pani ginekolog. Już na jutro jej pielęgniarka umówiła mnie do samego ordynatora, który wyznaczy mi termin operacji usunięcia jajników.
Mąż na środę wziął sobie dzień urlopu, bo to moje urodziny i chciał je spędzić ze mną. No to spędzi - tylko w niezbyt romantycznych okolicznościach przyrody - będzie siedział i "trzymał" kolejkę podczas gdy ja będę się rehabilitować. Może uda się nam wybrać wieczorem na jakiś deser i kawę?
Gorzej, że na 15:30 na drugim końcu miasta mam też wyznaczoną wizytę do okulistki, gdyż powieki dalej mnie swędzą, gradówka nie znika, oczy pieką i są czerwone jak u królika. Obawiam się, że nie zdążę i chyba będę jednak zmuszona przełożyć tę wizytę na inny termin.
Moja ukochana koleżanka z licealnej klasy wczoraj wieczorem zadzwoniła z propozycją spotkania na kawę. Z radością przyjechała pod budynek, czym naprawdę uratowała mnie przed zmarznięciem, głodem i pragnieniem. Posiedziałyśmy razem w przytulnym wnętrzu, zjadłyśmy pożywną sałatkę i ciasteczka, wypiłyśmy po rozgrzewającej herbacie i kawie.
Mało tego - pomogła mi również w zakupach, które miałam poczynić jutro, ale z racji na nieplanowane i niespodziewane spotkanie z ordynatorem, nie dałabym absolutnie rady ich zrobić. Dzięki niej szybko i sprawnie odebrałam z księgarni zamówione w sieci patyczki zapachowe, a także nabyłam lekki, szybkoschnący i sporych rozmiarów (110 cm x 175 cm) ręcznik, który idealnie nada się i na rehabilitację i na radioterapię.
A po powrocie do domu zastałam na stole dwa bukiety - z czerwonych tulipanów i żółtych róż - to tak a conto jutrzejszych urodzin.
