Wczoraj skonsultowałam się telefonicznie z zaprzyjaźnioną panią doktor, która po zapoznaniu się z objawami, zaleciła nam dwa medykamenty (po lewej). Dokupiłam do nich jeszcze dwa inne, sprawdzone wcześniej, lekarstwa (po prawej). Przed pójściem spać wzięliśmy pierwszą dawkę i - o dziwo - obudziliśmy się dopiero przed ósmą, a przez noc nie zużyliśmy ani jednej chusteczki.
Mąż wyszedł dziś z domu dwa razy - do osiedlowych sklepów i po biedronkowe produkty. Ja siedziałam w czterech ścianach - celowo i z premedytacją, żeby się wykurować do czasu poniedziałkowej rehabilitacji.
Poskładałam jedno pranie, wstawiłam i rozwiesiłam dwa kolejne. Uporządkowałam półki w pawlaczu i szafkę w łazience. Rozebrałam choinkę, pochowałam bombki i od razu zrobiło się więcej miejsca w pokoju.
Napisałam mail do byłego już pracodawcy (do wczoraj miałam podpisaną umowę), który do ostatniego dnia jej obowiązywania powinien był mi wypłacić ekwiwalent za niewykorzystany urlop. Jeśli do wtorku nie będę mieć pieniędzy na koncie, zgłaszam sprawę w Państwowej Inspekcji Pracy.
Poprosiłam Dyrektora Wykonawczego, aby ugotował drobiowy rosół, bo przecież nic tak dobrze nie robi na przeziębienie jak kubek gorącego wywaru. Przetestowałam i polecam.
Jutro wybieramy się do mojego kolegi radioterapeuty, który pokaże nam na czym polega mapping. Obejrzymy sobie moje piersi w 3D. Może nawet uda mi się pstryknąć fotkę monitora?
