Tak, jak wcześniej stuprocentowo zaufałam chirurgowi, tak teraz, jeszcze bardziej darzę zaufaniem poczynania mojego serdecznego kolegi i zarazem radioterapeuty.
Tak, jak wtedy nie obchodziło mnie nic poza wycięciem guza i biopsją wartownika, tak teraz nie obchodzi mnie nic poza poddaniem się całej procedurze.
Razem z Mężem obejrzeliśmy moje piersi na wizualizacji na komputerze. Najbardziej interesowało mnie na czym polega radioterapia (napromieniowanie zaznaczonych przez lekarza obszarów), czemu ma służyć (wybicie niedobitków komórek nowotworowych i zmniejszeniu szans na przerzuty), jakie są jej możliwe skutki uboczne (zwłóknienie tkanek w piersi, płucu i sercu) oraz co robić (spokojnie leżeć i oddychać) a czego nie przed nią (nie używać dezodorantu po chorej stronie), w jej trakcie (nie wiercić się) i po niej (myć pierś wodą i delikatnie osuszać).
Jestem spokojna jak nigdy przedtem, bo raz, że lekarz jest moim kolegą, więc krzywdy mi nie zrobi, a dwa, że pracuje w zawodzie ponad dwadzieścia lat, więc ma ogromne doświadczenie. Poza tym, jeśli cokolwiek by mnie zaniepokoiło podczas naświetlań, zawsze mogę do niego zadzwonić i spytać, a to daje mi poczucie bezpieczeństwa.
Jeśli nic się nie wydarzy i nie zmieni, zacznę radioterapię za dwa tygodnie. Będzie ona trwać dwadzieścia jeden dni.
