Zakończyłam dziś pierwszą część rehabilitacji. Chyba dobrze, bo przyznam, że codzienne jeżdżenie w tę i z powrotem daje mi w kość. Głównie fizycznie, gdyż czuję się zmęczona ćwiczeniami, ale również przebywaniem na onkologii.
W nagrodę za dobre sprawowanie i sumienną pracę po wszystkim poszłam na obiad do baru. Pieczony schab w sosie, opiekane ziemniaki, zestaw surówek oraz kompot postawiły mnie na nogi.
Odebrałam także powiększoną ślubną obrączkę od złotnika. Wreszcie mogę ją nosić, nie odczuwając wrzynania w serdeczny palec prawej dłoni. Brakowało mi jej obecności i wcale się tego nie wstydzę.
Jutro spotkanie z chemikiem i ósmy zastrzyk Herceptyny w udo, a potem zasłużone trzy dni urlopu od onkologicznych wizyt.
