Chemioterapeuta, za którym zdążyłam się przez ostatnie trzy tygodnie stęsknić, palpacyjnie zbadał mi węzły chłonne na szyi, czym mnie bardzo zaskoczył. A potem spytał czy po radioterapii nie chciałabym wrócić do pracy. Kiedy w jednym zdaniu nakreśliłam mu swoją "zawodową" sytuację, chyba tym razem to on zdawał się być zaskoczony.
Naczekałam się na Herceptynę (jest jakiś problem pomiędzy komunikacją na linii pielęgniarki - apteka), że hej. Razem ze mną trzy inne babeczki. Siedziałyśmy i gadałyśmy. Niesamowite jest jak szybko nawiązują się między nami rozmowy i jak otwarte one są. Dzięki nim jest mi odrobinę łatwiej znosić uderzeniowe fale gorąca wiedząc, że nie tylko ja ich doświadczam w trakcie zażywaniu Tamoxifenu.
Po zastrzyku i tak trzeba być na terenie szpitala przez około godzinę, więc wykorzystałam ten czas na kawę, rogalika i jabłuszko oraz odwiedziny u koleżanki, która zaczęła właśnie pierwszą białą chemię. Dziwne uczucie kiedy siedzi się na miejscu dla osób towarzyszących, a nie - jak dotychczas - na "chemicznym" fotelu.
Idąc do szatni spotkałam poznaną podczas leczenia rejestratorkę, która po mojej odpowiedzi na pytanie "co słychać?" stwierdziła, że teraz to już tylko "wykończeniówka" (czytaj: radioterapia, rehabilitacja, usunięcie jajników, zastrzyki Herceptyny i tabletki Tamoxifenu). Tak mi się spodobało to określenie, że aż zaczęłam się głośno śmiać.
Wróciliśmy na stare śmieci, czyli od dzisiaj oficjalnie znowu jesteśmy z Mężem pacjentami dawnej przychodni. Tak trochę na znak protestu i z przekory, żeby nie dać zarobić mojemu byłemu pracodawcy, ale też żeby dokładnie zamknąć za sobą drzwi przeszłości.
Brwi już urosły, włosy i rzęsy wciąż się wydłużają - szczególnie cieszy mnie możliwość używania tuszu, który zaczyna się prezentować naprawdę imponująco, a to jeszcze nie jest ich ostatnie słowo...
