Dopiero dzisiaj zawieźliśmy z Dyrektorem Wykonawczym do Mamy naszą walizkę, w którą spakowaliśmy rzeczy na wyjazd do Wrocławia. Trochę nam zabierała miejsca w przedpokoju, ale jakoś nie było okazji do odwiedzin, bo głównie to Rodzicielka przyjeżdżała do nas.
Zjedliśmy najlepsze pod słońcem kotlety mielone z kurczaka, razem z ziemniakami i marchewką na ciepło. Na deser kupiliśmy ciasto rumowo-porzeczkowe. Gospodyni postawiła jeszcze na stole wiśniówkę - wypiliśmy tyle, ile kto mógł (ja zaledwie jedną trzecią kieliszka).
Największą niespodzianką był nieoczekiwany prezent od Mamy - niebieska kurtka, którą kupiła dla siebie, ale (chyba po głębszym przemyśleniu) jako że ma już dwie prawie identyczne (jasnoszarą i brudnoróżową) i na dodatek musiałaby skracać za długie rękawy, podarowała ją mnie.
Już dawno żadna rzecz nie sprawiła mi tyle radości, z powodu której z twarzy nie schodził mi uśmiech.
