Jeszcze wczoraj robiliśmy wszystko (obcinanie Męża, odwiedziny u Mamy, zakupy jedzeniowe), żeby tylko dziś przed południem mieć czas na spacer po lesie w towarzystwie paru osób z licealnej klasy. A tymczasem główna organizatorka zaniemogła i zostaliśmy w domu.
W sumie może i dobrze, bo pogoda niezbyt korzystna dla układu oddechowego - nie dość, że wilgotno, to jeszcze smog, że aż dusi. Wczoraj wieczorem rozbolała mnie głowa i nie przestała dopóki po niedzielnym śniadaniu nie wypiłam środka przeciwbólowego.
Męczą mnie te fale, bo tak je nazywam. Dyrektor Wykonawczy próbuje mnie rozśmieszyć i nuci piosenkę Dawida Podsiadło "Nie ma fal". Są coraz częstsze i uświadamiają mi, że jestem chora, choć tak bardzo chcę być zdrowa.
Najgorzej jest w nocy, bo czasem budzę się po kilka razy i mam potem problem z zaśnięciem. Rano staram się odespać tamte godziny i dlatego ciężko mi w miarę wcześnie wstać, gdyż jestem nieprzytomna, rozdrażniona i zła.
I nawet nie wiem czy te moje fale spowodowane są wywołaną przez chemioterapię menopauzą, czy też codziennym obowiązkowym zażywaniem Tamoxifenu, czy i jednym i drugim...
