Dzisiaj nie byłam w pracy - miałam jednodniowy urlop. Postanowiłam wykorzystać go na wspólne zakupy z Mężem oraz odwiedziny u Pani Profesor.
Wstaliśmy o siódmej - zgodnie z nastawionym wczoraj wieczorem budzikiem. W planie były dwa supermarkety. Do jednego (i z powrotem) trzeba było dojechać autobusem.
W międzyczasie odebrałam dwa internetowe zamówienia z apteki. Często tak robię, bo leki są o wiele tańsze niż kupione na miejscu. Czasem ta różnica jest naprawdę spora.
Wizyta u Pani Profesor - jak zawsze przebiegła w miłej atmosferze i przy pysznym cieście, które znowu dostałam na wynos - specjalnie dla Dyrektora Wykonawczego. Ostatnio był sernik, dziś szarlotka.
W drodze powrotnej do domu wstąpiłam jeszcze do dwóch drogerii. Zmarzłam jak nie wiem co, ale ten fakt akurat mnie ucieszył, bo przynajmniej ominęły mnie fale.
A wczoraj wieczorem doszliśmy z Mężem do wniosku, że siedzenie w czterech ścianach źle wpływa na moją głowę, która zaczyna produkować czarne myśli, dlatego wyciągnęłam konstruktywne wnioski i mało co byłam dzisiaj w domu.
