Nasze małżeńskie sobotnie spotkanie w prywatnym gabinecie u znajomej rehabilitantki nie przyniosło dobrych wieści - ja mam poważny problem z kręgosłupem, a Mąż z barkiem i prawdopodobnie szyją.
W związku z powyższym Dyrektor Wykonawczy dostał zalecenie umówienia się na USG stawu barkowego, a ja na wizytę do lekarza rehabilitanta z prośbą o skierowanie na masaż.
Po obiedzie wybraliśmy się do galerii handlowej, zapominając całkowicie, że był to pierwszy dzień otwarcia większości sklepów. Wszędzie pełno ludzi - snujących się nie wiadomo po co, siedzących gdzie popadnie, w większości bez maseczek na twarzach.
Gdyby nie to, że miałam do odbioru zamówioną w sieciówce książkę i gdyby nie to, że potrzebowałam kupić dwie patelnie - grillową i zwykłą i gdyby nie to, że Głos Rozsądku miał kupić sobie robocze spodnie do pracy, nigdy w życiu bym się tam nie pojawiła.
W drodze powrotnej zahaczyliśmy jeszcze o sklep samoobsługowy, gdzie nabyłam sporo produktów, które na co dzień będę wykorzystywać w swojej diecie, a których oczywiście w domu nie było.
Doszłam też do wniosku, że niebawem sami zaczniemy piec chleb w piekarniku. Na razie Mąż robi rozeznanie w kwestii zakwasu, drożdży oraz jak się do tego zabrać.
Od dzisiaj - w związku z czwartkową kolonoskopią - mam ograniczone spożycie pewnych produktów, a w środę to już będzie apogeum, gdyż od godziny szesnastej do dwudziestej mam wypić cztery litry paskudztwa o nazwie Fortrans. Potem się zacznie festiwal oczyszczania, czyli bliskie spotkanie z sedesem.
