W ubiegły niedzielny poranek, kiedy tylko podniosłam roletki, zobaczyłam za oknem pierwszy śnieg. Wyglądał pięknie, ale - niestety - żadnych zdjęć nie zrobiłam. Podobnie jak w czasie złotej polskiej jesieni, która minęła bez jakiejkolwiek fotki. Chodzenie w maseczce skutecznie zniechęca mnie do wyjścia z mieszkania. Praca - dom, dom - praca, sporadyczne zakupy spożywcze, czy wizyta u lekarza lub fryzjerki - tak wyglądają moje dni.
Tak bardzo zdążyłam się przyzwyczaić do swojej diety, że kiedy na kilka dni przed kolonoskopią byłam zmuszona jeść pszenne pieczywo, znowu poczułam, że puchnę od środka. Poza tym brakowało mi warzyw, sałatek, nabiału i - o dziwo - owsianki.
Najgorszy był dzień przed - mogłam zjeść jedynie śniadanie, a potem pozostały mi już tylko płyny - woda, herbata owocowa i bulion o trzynastej - mój ostatni "posiłek". Od szesnastej do dwudziestej wypiłam cztery litry rozpuszczonego w wodzie Fortransu. Bliskie spotkanie z sedesem zaczęłam o siedemnastej i praktycznie nie opuszczałam go aż do dwudziestej pierwszej.
Byłam w świetnym humorze za sprawą wyniku rezonansu magnetycznego piersi, który zobaczyłam w systemie zaraz po ósmej, tuż po włączeniu komputera. Czekałam na ten opis równe dwa tygodnie, sprawdzając po kilka razy dziennie czy już jest dostępny. Obserwowana od ubiegłego roku zmiana w prawej piersi jest zmianą łagodną, a to fantastyczna wiadomość.
W czwartek rano, wchodząc do szatni, natknęłam się na wychodzącego z niej chirurga, który mnie operował. Jeszcze raz mu podziękowałam, a on jak to on - z tym swoim uśmiechem i poczuciem humoru spytał "ale za co?". "Za życie" - odparłam.
Tego samego dnia, po raz pierwszy w historii, miałam wykonywaną kolonoskopię. Miała być w znieczuleniu, ale żadna z dwóch pielęgniarek nie była w stanie znaleźć żyły, żeby założyć najcieńszy niebieski wenflon, a wezwany na ratunek pielęgniarz z intensywnej terapii również nie podjął się wkłucia, stwierdzając że nie mam nawet żyły anestezjologicznej.
Tak więc, chcąc nie chcąc, badanie miałam robione na tak zwanego "żywca". Gdyby nie fantastyczna ekipa w osobach wyżej wymienionych pielęgniarek oraz lekarza, którzy mnie zagadywali, rozśmieszali, trzymali za rękę (jedna pielęgniarka) oraz ugniatali brzuch (druga pielęgniarka), nie wiem czy dałabym radę. Miałam wrażenie, że pękną mi wnętrzności, więc co trochę wydobywałam z gardła okrzyki w postaci "ała, ała, ała".
Znam przyjemniejsze sposoby spędzania wolnego czasu niż leżenie na stole z rurą w czterech literach, ale warto było znieść to badanie, żeby dowiedzieć się od doktora, że mam bardzo ładnie oczyszczone jelita, z którymi wszystko jest w jak najlepszym porządku, a następna taka "atrakcja" (czyli powtórka z rozrywki) czeka mnie dopiero za dziesięć lat.
Po wyjściu z gabinetu zadzwoniłam do koleżanki z pokoju, żeby przyszła po mnie z bananem i sucharkami, które wzięłam z domu. Zostałam odtransportowana na oddział, gdzie po otrzymaniu poduszki i kołdry leżałam sobie w zamkniętym pokoju zabiegowym i dochodziłam do siebie.
Po niecałej godzinie zaczęło mi się nudzić, a jako że już dobrze się czułam (banan i sucharki zrobiły swoje), więc podziękowałam za gościnę i poszłam do swojej dziupli, gdzie zabrałam się wreszcie do pracy.
W piątek Mąż, po raz czwarty, pojechał z Rudzielcem do weterynarza na zastrzyk ze sterydem. Następna seria iniekcji (o ile do niej w ogóle dojdzie, bo w 11. grudnia mamy wizytę u operującego Psiaka ortopedy) dopiero w kwietniu.
Dzisiaj - pomimo soboty - odwiedziłam stomatologa, który wykonał kontrolne RTG lewej dolnej piątki (miałam się na nie zgłosić we wrześniu, ale wtedy byliśmy nad morzem, potem operacja Miziaka, formalności związane z nową pracą i tak zeszło) oraz zrobił przegląd zębów. Mam dwa malutkie ubytki w górnej jedynce i dwójce - za dwa tygodnie kolejna wizyta, podczas której oba przejdą do historii.
A dzisiaj mijają równiutko dwa miesiące od czasu, kiedy zaczęłam pracę na onkologii...
