We wtorek - za radą fizjoterapeutki - odwiedziłam gabinet pani doktor rehabilitant. W samej bieliźnie stałam, siedziałam, klęczałam, leżałam, schylałam się, machałam nogami, rękami, kręciłam głową i byłam opukiwana młoteczkiem. W efekcie wyszłam ze skierowaniem na dziesięć masaży oraz na ćwiczenia indywidualne na kręgosłup lędźwiowy oraz szyjny. Umówię się na nie już po nowym roku.
Wczoraj poszłam na badania krwi. Probówki z wielkim trudem, po kropelce, udało się napełnić dopiero za trzecim podejściem, gdyż żyły jak to żyły - żyją sobie swoim życiem głęboko schowane i bronią jak mogą do siebie dostępu.
Wyniki miałam za kilka godzin - wszystko w jak najlepszym porządku - lipidogram, glukoza, bilirubina i prawie cała morfologia - jedynie bardzo spadł mi poziom leukocytów odpowiedzialnych za odporność. W poniedziałek pokażę się więc swojemu chemikowi, bo nawet w trakcie chemioterapii miałam o wiele więcej leukocytów niż obecnie. Poza tym od kilku dni mam zajady, które ostatnio pamiętam z dzieciństwa.
Dzisiaj byłam na kontrolnej wizycie u dietetyczki. Znowu stanęłam na specjalnej wadze, która po chwili wypluła wydruk z cyferkami. Pełen sukces - w trzy tygodnie zrzuciłam z siebie prawie trzy kilogramy, które przekładają się na jedenaście kostek masła. Obniżył się również mój wiek metaboliczny - z 66 na 58 lat, a we wszystkich obwodach ubyło mnie po centymetrze.
W sumie, od początku stosowania diety (czyli dokładnie od 7. listopada), schudłam prawie o pięć kilogramów. Tak więc pozostało mi nieco ponad sześć do zrzutu i osiągnięcia odpowiedniej dla mojego wieku wagi. Kolejna kontrola 9. stycznia.
W prezencie mikołajkowo-gwiazdkowym kupiłam sobie dużą patelnię do grillowania, mniejszą do smażenia, a także specjalny garnek ze stali nierdzewnej (z pokrywką) do gotowania na parze. W drodze jest również blender ręczny, gdyż kielichowy już mamy.
Wczoraj byliśmy z Mężem i Psiakiem na wyjazdowej wizycie u weterynarza, który we wrześniu operował zwichniętą rzepkę Rudzielca. Doktor był bardzo zadowolony ze stanu Miziaka. Powiedział, że dzięki temu, iż w okresie rekonwalescencji pilnowaliśmy i dbaliśmy o Sierściucha, teraz można mówić o sukcesie i powodzeniu.
Psiak nie musi już siedzieć w ciupie, może normalnie chodzić po domu oraz na długie spacery, wolno mu także schodzić i wchodzić po schodach, ale na krótkiej smyczy. Mamy pilnować jego wagi - dobrze, by nie przekroczyła 6,5 kg (teraz waży o 20 dag więcej, a to niedobrze dla jego stawów). No i powinniśmy uważać, żeby nie wskakiwał i nie zeskakiwał z sofy, bo to bardzo obciąża rzepkę. Doktor nie wziął od nas ani złotówki za wczorajszą wizytę, a to rzadkość wśród weterynarzy, z jakimi do tej pory mieliśmy do czynienia.
A propos - podczas pierwszego spotkania z nowymi specjalistami od zwierzaków, którzy zaordynowali Rudzielcowi serię czterech zastrzyków ze sterydem oraz suplement diety w postaci dużych piguł, po obejrzeniu zębów Miziaka stwierdzili, że jest już na nich sporo kamienia. Ponadto, wielce prawdopodobne jest, że Psiak będzie stopniowo tracił zęby na skutek odsłaniających się szyjek.
Na razie zalecili mycie zębów specjalną szczoteczką dla małych dzieci, przy użyciu specjalnego żelu dla czworonogów. I tak Dyrektor Wykonawczy bawi się dwa razy dziennie w dentystę, a Miziak jak to Miziak - pozwala sobie umyć zęby - podobnie jak co rano po śniadaniu, bez problemu łyka ogromną tabletkę na stawy.
Wczoraj, po raz pierwszy od 18. września prowadziłam Sierściucha na smyczy, który potem samodzielnie wchodził po schodach. W nocy spał ze mną, a nie w klatce. A jutro, we dwoje z Mężem, weźmiemy go na dłuższy spacer.