Czuję się jakbym pracowała zdalnie od samego rana. Dwa telefony do urzędników, wypełnianie wniosku o świadczenie rehabilitacyjne oraz pismo do ZUS-u, mail do pracy... Dopiero przed chwilą skończyłam. Ale wszystko leży w moim interesie, więc daleka jestem od narzekania.
Wczoraj późnym popołudniem byłam na prywatnej wizycie u "swojego" chirurga onkologa, który będzie mnie operował. Wreszcie mogłam na spokojnie i bez pośpiechu spytać o to, co chciałam. Wyszłam z odpowiedziami, ale także z wypełnionym przez lekarza wnioskiem potrzebnym do świadczenia rehabilitacyjnego.
W gabinecie siedziałam ponad pół godziny. Z listą pytań na kartce, odhaczałam jedno po drugim. Poprosiłam o zrobienie USG (w cenie wizyty) dla spokojności ducha. Guz się ponoć zmniejsza, więc chemia chyba (?) działa.
Jestem ostrożna i sceptyczna. Czekam na USG na onkologii, które będę mieć za dwa tygodnie. Wtedy może dowiem się czegoś nowego. Na razie zostawiam tę kwestię. I tak najważniejsza jest operacja i wynik badania histopatologicznego z guza oraz węzła wartownika.
Doktorek zalecił codzienne picie Nutramilu, który zakupiłam tuż po pierwszej czerwonej chemii. Doradził też kupno żelu do smarowania blizn po porcie, bo coś długo się goją. Nabyłam również kolejny Rutinoscorbin oraz Rostil, czyli wapno, gdyż mam niewielkie krwawienia z nosa - ale to normalne podczas chemii.
Poza tym czuję się bardzo dobrze i cieszę się z każdego nowego dnia i tego, co mnie może jeszcze spotkać.
