Odwiedziłam wreszcie swoją koleżankę z licealnej klasy. Zapraszała mnie już do siebie, ale przez upały nie byłam w stanie się zebrać, żeby tam dotrzeć, bo dzieli nas spory dystans. Dziś był ten dzień.
Przegadałyśmy kilka godzin, potem poszłyśmy do pobliskiej jadłodajni na pyszne domowe drugie danie - sztuka mięsa w sosie pieczeniowym, kluski śląskie i dwa rodzaje surówek za jedynie 10 złotych.
Zachwytem tego spotkania był psiak, a właściwie jego ogromne oczyska. Sami zresztą zobaczcie - choć nie bardzo chciał pozować - zajęty raczej tym, by go głaskać.
Przytulas niesamowity, słodziak jakich mało. Kiedy przestawałam go miziać (mruczy przy tym jak klasyczny koci traktor) zaczepiał mnie łapą jak kot, żeby kontynuować.
Cieszę się przeogromnie, gdyż za trzy tygodnie będziemy się nim opiekować przez weekend. Radość moja jest nie do opisania - koleżanka wyjeżdża i nie ma psiaka z kim zostawić. Stwierdziła, że spadłam jej jak z nieba. A ja nie posiadam się ze szczęścia, że będę mogła spędzić z nim całe dwa dni.
