Kilka dni temu wpadłam na pomysł, że jak już skończę leczenie, może razem z onko siostrą wybrałabym się do sanatorium? Podzieliłam się tym z zainteresowaną, a ona przyklasnęła. Ale to odległa przyszłość - póki co.
Dzisiaj znowu spotkałam znajomą. Od kilku tygodni na siebie wpadałyśmy w każdy czwartek. Przeważnie ona wychodziła z gabinetu pobrań krwi, a ja czekałam przed. Albo odwrotnie. Widywałyśmy się też na korytarzu. Albo na chemii - kiedy nie było jej chemika i przychodziła na górę. Albo w ubiegłym tygodniu - kiedy nie było mojego doktorka i zeszłam na dół. Wtedy wreszcie wymieniłyśmy się telefonami. A teraz jesteśmy w stałym kontakcie. Za tydzień jest szansa, że będziemy u mnie w kuchni pić kawę.
W chusteczkach wyglądamy podobnie. Niby inne twarze, ale brak włosów (chociaż moje odrastają szybko), brwi i rzęs robi swoje z naszymi twarzami. Dopiero jak widzę zdjęcia sprzed chemii mam szansę zobaczyć jak wyglądałyśmy przed chemioterapią.
Dzisiaj miałam komisję lekarską w MOPR. Za kilka dni dowiem się czy przyznano mi znaczny stopień niepełnosprawności. Nieoficjalnie dowiedziałam się, że na 100 % mi się on należy, ale dopóki nie zobaczę treści orzeczenia, nie cieszę się na zapas.
W przyszłym tygodniu Mąż wybiera się do mojego pracodawcy po odbiór wypełnionych wniosków potrzebnych do ubiegania się o świadczenie rehabilitacyjne. Potem, razem z tym od chirurga onkologa oraz moją częścią, zawiezie wszystko do ZUS. Będę zatem czekać na termin komisji i w tamtym miejscu.
A tymczasem jutro kolejna biała chemia. Już przebieram nogami - szczególnie że dzień później wybieramy się z Dyrektorem Wykonawczym na klasowy rajd zakończony ogniskiem na działce jednego z kolegów.
