Po wczorajszym rozmrażaniu lodówki na śniadanie zostały nam do zjedzenia tosty z żółtym serem. Dopiero potem Mąż poszedł po zakupy, ale - zgodnie z wcześniejszymi małżeńskimi ustaleniami - wziął tyle, żeby nam starczyło na dziś i jutro - bez robienia zbędnych zapasów.
Potem Dyrektor Wykonawczy pojechał do mojej firmy, zabrał stamtąd wypełnione do ZUS wnioski, a następnie udał się do pracy.
Z kolei ja zajęłam się praniem i telefonicznym umówieniem siebie, mamy i Męża na listopad (przed operacją) do dentysty na skaling i piaskowanie, by później wyjść na osiedle po kolejne opakowanie odżywki do paznokci (od początku chemii używam jej codziennie wieczorem i niebawem się skończy).
Korzystając z okazji oddałam do biblioteki przeczytaną przez Głos Rozsądku książkę, odebrałam zamówiony wosk i cień do brwi, dokupiłam kilka rzeczy w delikatesach i zrobiłam podejście do dwóch aptek - bezskutecznie.
Wróciłam do mieszkania, zostawiłam siatkę i poszłam do baru na obiad. Znowu próbowałam szczęścia w aptekach, ale ilość pacjentów na dobre mnie wypłoszyła. Zamówiłam leki (w tym maść zaleconą przez chemioterapeutę na krwawienia z nosa) w sieci - z odbiorem osobistym. Przynajmniej wiem, że są dostępne.
Mąż, tuż przed sobotnim rajdem, zgłosił zapotrzebowanie na męską nerkę (swoją drogą zastanawiam się kto wymyślił tę nazwę). W niedzielę wybrał sobie konkretny model, więc nie pozostało mi nic innego jak ją zamówić, co właśnie uczyniłam.
Jutro kolejny dzień załatwiania spraw - zarówno przeze mnie, jak i Dyrektora Wykonawczego.
