Po prawie dwóch tygodniach siedzenia w domu Mama wyszła dziś z nami na osiedlowy spacer. Pogoda piękna - słońce, wiatr i wiosenna przyroda budząca się do życia. Na chwilę usiedliśmy nawet na ławce, żeby odpocząć. A w drodze powrotnej - już tylko we dwoje z Mężem - weszliśmy do supermarketu po owoce i warzywa.
Jest szansa, że jutro wreszcie pozbędziemy się wszystkich niepotrzebnych przedmiotów wynosząc je na śmietnik. Dużo tego było - ciężkiego, nieporęcznego i tłukącego się.
Jak dobrze policzyłam spakowanie zawartości kawalerki zajęło nam łącznie siedem godzin. Chyba najszybciej w historii naszych dotychczasowych przeprowadzek.
Podczas wyjmowania rzeczy przeraziła mnie ich ilość. Nagromadziliśmy jak chomiki. W trakcie wypełniania kartonów nie za bardzo był czas na segregację. Teraz chyba spróbuję się tym zająć.
Jeszcze w tamtym mieszkaniu obiecałam Dyrektorowi Wykonawczemu (nawet mnie nagrał na dowód), że oprócz leków i jedzenia nie będę nic kupować, bo mam nadmiar wszystkiego - ubrań, butów, kosmetyków, książek, kolczyków...
