Od Autorki

Teksty oraz zdjęcia zamieszczone na tym blogu są mojego autorstwa (jeśli jest inaczej, podaję źródło), stanowią więc moją własność.
Nie wyrażam zgody na ich kopiowanie, cytowanie i rozpowszechnianie w jakiejkolwiek formie bez mojej wiedzy oraz bez podania adresu tego blogu.
(Ustawa o prawach autorskich - Dz.U. z dnia 4 lutego 1994 r., nr 24, poz. 83)

piątek, 31 marca 2017

2308. Już rok

Dziś trzydziesty pierwszy dzień Wielkiego Postu. Na samym początku było mi trudno oprzeć się pokusie (ale wytrwałam), za to teraz wcale nie ciągnie mnie do słodyczy.

W ubiegłym tygodniu byłam na rekolekcjach, a w niedzielę wybiorę się na jeszcze jedne - tym razem do innego kościoła.

Nie ma dnia, żebym nie wspomniała w modlitwie o duszy ks. Jana. Aż trudno uwierzyć, że minął już rok od Jego śmierci...

Moje oczy cieszą odebrane przedwczoraj nowe książki ze zdjęciem tego pięknego Człowieka na okładkach.


poniedziałek, 27 marca 2017

2307. Urwanie głowy

Myślałam, że w sobotę o ile nie zrobi tego wiatr, to ja urwę Mężowi głowę za wprowadzenie mnie w błąd co do temperatury na dworze. "Czapka i rękawiczki nie będą ci potrzebne" - usłyszałam od niego zanim, razem z upranymi zimowymi kurtkami, wyszliśmy z kawalerki, żeby zawieźć je do rodziców.

Pojechaliśmy autobusem, więc w tamtą stronę było jeszcze w miarę, aczkolwiek już na przystanku przeraźliwie zimne podmuchy dawały mi się mocno we znaki. Za to w drodze powrotnej (na dodatek odbytej na piechotę), przeklinałam swoją własną głupotę, że zamiast wziąć czapkę i rękawiczki, wzięłam sobie do serca radę Dyrektora Wykonawczego, próbującego ratować sytuację wizją świeżo parzonej kawy ze spienionym mlekiem, którą uraczył mnie po zamknięciu drzwi mieszkania.







Niedziela, z racji na przesunięcie wskazówek zegara, zaczęła się, trwała i zakończyła w niedoczasie. Brakowało mi brutalnie odebranej godziny życia na wszystko - na sen, na śniadanie, na kąpiel, na wyjście do ciucholandu, na biedronkowe zakupy, na obiad, na Mszę w kościele. Byłam zła jak osa i kąsałam gdzie popadnie, czyli głównie obrywało się Głosowi Rozsądku. Ucierpiał i Pepe, któremu nie zdążyliśmy zmienić piachu w klatce.

Dzisiaj poszłam do rodziców, żeby z mamą wyjść po spożywcze produkty do osiedlowych sklepów. Mąż w tym samym czasie udał się do doktora Tomasza pokazać mu wyniki badań moczu oraz opis robionego w ubiegły czwartek USG. Na szczęście jest dobrze i ponoć nie ma się czym martwić.

Doczekaliśmy się wreszcie zwrotu z Urzędu Skarbowego podatku, który przyda się Dyrektorowi Wykonawczemu podczas wyrabiania nowego prawa jazdy, jako że stare ważne jest tylko do listopada, a szkoda byłoby je stracić. Samochodu nie posiadamy, ale sam dokument może być jeszcze kiedyś potrzebny.

A na jutrzejszy poranek zaplanowane mam spotkanie zapoznawcze z innymi osobami z zespołu, w jakim przyjdzie mi za kilka dni rozpocząć pracę. Uważam, że to naprawdę super pomysł - zwłaszcza, że wszyscy będziemy zaczynać od zera.

piątek, 24 marca 2017

2306. Już piątek

Ileż to się trzeba nachodzić, naszukać i namierzyć, żeby znaleźć coś, co pasuje rozmiarem, fasonem, kolorem i materiałem. Dobrze, że przynajmniej o cenę nie muszę się martwić.

Wczoraj z mamą, a dzisiaj sama odwiedziłam kilka ciucholandów. Na szczęście łowy okazały się owocne, gdyż stałam się ukontentowaną posiadaczką dwóch par spodni (po 7 i 10 złotych), jednej spódnicy (za 5 złotych) oraz kilku bawełnianych golfów, bluz i T-shirtów oraz rozpinanych bluzek (od 5 do 10 złotych).

Jakby tego było mało, poszłam też po staniki - i na tym polu odniosłam sukces, nie wychodząc ze sklepu z pustymi rękami. Jeszcze tylko w weekend zajrzę z Mężem do ulubionego lumpeksu i koniec zakupów odzieżowych na jakiś czas.

Szczerze podziwiam kobiety, które lubią buszowanie pomiędzy wieszakami i potrafią spędzać długie godziny w butikach. Ja mam serdecznie dość i gdyby się dało, najchętniej kupowałabym ubrania w sieci z dostawą do paczkomatu. Ale cóż - to nie książki i nie kolczyki - potrzebuję dotknąć i przymierzyć, więc nie ryzykuję.

Na naszym parapecie wiosna w pełni - czego (niestety) nie można powiedzieć o tym, co za oknem, bo pada, wieje i jest strasznie zimno. Zdjęcie zrobiłam jak słońce nie było towarem reglamentowanym.


Za to na biedronkowej półce przy kasie znowu królują czekoladowe choinki i bombki - już drugi raz ich przyłapałam na sprzedaży bożonarodzeniowych produktów przed Wielkanocą.


Choroba powoli ustępuje - przestała mnie boleć głowa, lżej mi się oddycha i łatwiej przełyka, a kaszel tak bardzo nie poddusza. Wygląda na to, że leki zaczęły działać.

środa, 22 marca 2017

2305. Idź precz

Ani gorąca woda z cytryną, imbirem i miodem; ani zawartość rozpuszczalnych saszetek; ani tabletki do ssania - nic mi nie pomogło, a czuję się coraz gorzej.

Głowa boli (i to nie migrena), zatoki mam przytkane, kataru brak (byłoby lżej), a zamiast niego do gardła spływa mi coś, co nie pozwala swobodnie przełykać, no i ten podduszający kaszel wydobywający się gdzieś z piersi. Do tego jeszcze pocę się i męczę, a sił brakuje.

Mając w perspektywie rozpoczęcie pracy, trochę bez sensu byłoby być chorą na wejściu. Złożyłam więc broń, skuliłam uszy, podwinęłam ogon, wsiadłam w autobus i pojechałam do doktora Tomasza, który dokładnie mnie osłuchał (wszędzie czysto - uff) i wypisał chyba najdłuższą receptę odkąd do niego chodzę.

W aptece od razu spytałam o cenę, bo nie wiedziałam czy mam przy sobie tyle pieniędzy - jako że każdy lek niestety na 100 %. Na szczęście wystarczyło mi na wykupienie wszystkich medykamentów, ale za własną głupotę chodzenia bez czapki trzeba było słono zapłacić.


Dobrze, że zdecydowałam się jednak na konsultację z lekarzem, bo jak widać po ilości specyfików sprawa poważna, a mój ulubiony doktorek nie obdarowuje bez potrzeby receptami.

Teraz tylko pozostaje mi przestrzeganie rozpiski, czyli co, w jakiej ilości i kiedy łykać, żeby choroba odpuściła i poszła sobie precz.

wtorek, 21 marca 2017

2304. Trudna radość

Na przełomie roku dopadł mnie straszliwy dół związany z brakiem zatrudnienia i niemożnością jego znalezienia. Za stara, by dostać pracę; za młoda, by przejść na emeryturę - tak to wyglądało z boku. I żeby była jasność - ja sama wcale nie postrzegam siebie w takich kategoriach, ale realia zdawały się świadczyć przeciwko mnie.

Nie zliczę ile CV wysłałam. Nie pamiętam nawet gdzie, ale wiem, że przewinęło się mnóstwo sieciówek (kosmetycznych, księgarskich, odzieżowych czy obuwniczych). Była Poczta Polska, firmy kurierskie, przychodnie i cała masa innych - większych lub mniejszych miejsc, w  których szukali pracowników. Odpuściłam jedynie supermarkety, gdyż tam fizycznie nie dałabym rady ze swoim kręgosłupem.

Wszystko wpadało jak do studni bez dna. Zero odpowiedzi, zero telefonu, zero spotkania. W takich chwilach naprawdę można się załamać. Do tego jeszcze bardzo złe wspomnienia z poprzedniej pracy, o którą starałam się ponad rok. Teraz się nie dziwię, że psychicznie czułam się tak, jak się czułam.

Przemyślałam wiele, poukładałam w sobie i wyszłam z dołu na powierzchnię. Pozbyłam się nękających mnie uporczywych myśli, że praca stanowi o mojej wartości (bo nie stanowi, choć byli tacy, którzy mi to wmawiali) i bez niej nie jestem nic warta (bo to nieprawda). Odpuściłam sobie i wrzuciłam na luz. Odzyskałam utracony spokój i umiejętność cieszenia się tym, co mam. Nie oznaczało to bynajmniej, że nie przeglądałam ofert (bo przeglądałam).

Dzisiaj poszłam skserować swoje dokumenty poświadczające wykształcenie oraz świadectwa pracy z poprzednich miejsc. Zawiozłam je do pani rekruterki, która przekaże wszystko do kadr celem sporządzenia umowy. Jeśli nic się po drodze nie wydarzy (dopóki nie mam w ręce podpisanego papierka, nie mam też gwarancji, więc jestem ostrożna), od kwietnia nie będę już bezrobotna.

Jakoś trudno mi w to uwierzyć - tym bardziej, że ogłoszenie znalazła w gazecie moja mama. Nie było go w sieci, lecz ukazało się ono jedynie w formie drukowanej. Żeby było weselej, rodzicielka zadzwoniła pod podany numer telefonu i spytała o wymagania (na szczęście w swoim, a nie moim imieniu). Dopiero potem dała mi do ręki wyciętą ofertę.

Machina poszła w ruch. Zadzwoniłam (w ubiegły wtorek), wypytałam o szczegóły i zostałam poproszona o wysłanie mailem CV. Niby prosta rzecz, ale nie w tym przypadku, bo wciąż dostawałam komunikat o niedostarczeniu wiadomości. Wykonałam więc jeszcze jeden telefon, poinformowałam o problemie, a miła pani zaproponowała spotkanie w czwartek. W międzyczasie dostałam od niej mail, że w końcu moje wiadomości do niej dotarły.

Rozmowa o pracę trwała ponad pół godziny, choć miałam wrażenie, że było to zaledwie pięć minut. Zero stresu (no może poza tym związanym ze spódnicą spiętą agrafkami), fajna, sympatyczna atmosfera i konkretna rekruterka, która spytała mnie o największe zawodowe wyzwanie, cechy idealnego szefa, o to, co jest dla mnie najważniejsze w pracy, ale też o zainteresowania w czasie wolnym.

Na koniec stwierdziła, że podjęła już decyzję na tak i teraz wszystko w moich rękach. Kiedy, z powodu ogromnego szoku (no bo jak to tak szybko - tylko jedna rozmowa i już?) oraz nieukrywanej ciekawości zadałam pytanie co ją przekonało, usłyszałam: "bardzo dobrze mi się z panią rozmawia, a poza tym wydaje się być pani ciepłą osobą, a takich ludzi szukam do swojego zespołu".

Po raz pierwszy w życiu zdarzyło mi się, że na płaszczyźnie zawodowej ktoś zauważył i docenił to jaka jestem, a nie ile mam lat, jakie mam doświadczenie, wykształcenie, umiejętności, doświadczenie i staż. I mało tego - te właśnie cechy zadecydowały o chęci podpisania ze mną umowy o pracę na etat - najpierw na okres próbny trzech miesięcy.

Gdyby nie fakt, iż to mama jest poniekąd główną sprawczynią całego zawirowania, nie powiedziałabym jej nic, dopóki nie miałabym w ręce papieru - podobnie jak postąpiłam w przypadku poprzedniej pracy. Uniknęłabym dzięki temu jej telefonów (po kilka razy dziennie) pełnych powtarzanych jak zdarta  płyta "dobrych" rad w stylu: "tylko nie przyznawaj się, że masz orzeczenie o niepełnosprawności" albo "musisz zrezygnować z kursu PJM jak pójdziesz do pracy".

Jestem zwolenniczką prawdy, konkretu, jasnego i klarownego przekazu, więc sporo nerwów kosztowało mnie torpedowanie pomysłów rodzicielki. Słucham siebie, swojego sumienia i nie zamierzam ani kłamać, ani z czegokolwiek rezygnować, bo jak się chce, można znaleźć wyjście z każdej sytuacji - wystarczy o tym porozmawiać i zaproponować rozwiązanie.

Poczytałam w sieci na temat tego co daje umiarkowany stopień - nie tylko mnie, ale i potencjalnemu pracodawcy, a potem zadzwoniłam do PFRON-u i u kompetentnego źródła upewniłam się, że na podlinkowanej stronie są właściwe informacje. A kiedy wczoraj odezwała się rekruterka z prośbą o dostarczenie jej kserokopii potrzebnych dokumentów, poinformowałam ją o fakcie posiadania orzeczenia. Ucieszyła się - ze względu na dofinansowanie, jakie zakład pracy otrzyma za mnie z PFRON-u.

Kocham swoją mamę i jestem jej wdzięczna za pomoc, bo gdyby nie ona, nie miałabym szansy zobaczyć tamtej oferty. Wiem, że chce dla mnie jak najlepiej. Zdaję sobie sprawę, że się o mnie martwi. Doceniam to, co dla mnie robi. Czasem tylko męczą mnie jej próby nakłaniania mnie do zatajania prawdy, bo odbieram je jako formę (pewnie nieświadomej), ale jednak manipulacji, a na takie działanie absolutnie się nie godzę, gdyż jest ono niezgodne z tym, w co wierzę.

Trudna ta radość...

poniedziałek, 20 marca 2017

2303. Szczęście wiosną

Chodzenie z gołą głową (no bo kto by czapkę zakładał jak dopiero co był u fryzjera i chce pokazać nową fryzurę) poskutkowało drapaniem w gardle, pociąganiem nosem i ogólnie złym samopoczuciem.

W naszej lilipuciej apteczce znalazłam pewien specyfik do rozpuszczania w gorącej wodzie, na którym widniała data ważności 03.2017, więc stwierdziłam, że jak ma jeszcze kilkanaście dni robić frekwencję, a potem wylądować w koszu, to go wypiję.

Na sobotni poranek trzyosobowy dream team w stanie niezmienionym już od dłuższego czasu planował wypad do jednego z największych ciucholandów w mieście. Wszystko cacy, lecz już w piątek wieczorem czułam się nietęgo, a po nocy było jeszcze gorzej.

Z bólem serca i wyrzutem w stronę Męża, który prawie na mnie nakrzyczał, że zdrowia nie szanuję, zadzwoniłam do mamy i odwołałam grzebanie w ciuchach, po czym grzecznie zaległam na sofie jako rzekoma chora.

Po jakiejś godzinie nicnierobienia i jednej wielkiej nudy przerywanej tylko popiskiwaniem fruwającego po całym pokoju Pepe doszłam do wniosku, że dłużej nie wytrzymam, bo oszaleję i że generalnie nie nadaję się na pacjenta leżącego.

Dyrektor Wykonawczy też widział, że w zupełności wystarczyło mi odpoczynku, więc sprawdził rozkład autobusu, po czym zadzwonił do rodzicielki i zaproponował jej przejażdżkę. Tak więc z parasolkami w dłoni, bo deszcz nie przestawał padać, udaliśmy się tam gdzie udać się mieliśmy dwie godziny wcześniej.

Pomysł okazał się strzałem w dziesiątkę, gdyż od razu poczułam się lepiej, a myśli (i ręce) zajęłam ubraniami zamiast podświadomym zastanawianiem się czy po niedzieli zadzwoni do mnie rekruterka z informacją o wyniku czwartkowej rozmowy o pracę.

Łowy były udane. Mama zakupiła dwie poduszki na fotel, ręcznik, trzy bluzki z krótkim rękawem i torebkę, którą sama jej znalazłam. Mąż wyszperał sobie dwie pary dżinsów i pasek, a ja wyszłam z tuniką, dżinsami, dwoma szaliczkami oraz paskiem do spodni.


W nocy miałam sen, który nie okazał się proroczy. Telefon, na który czekałam zadzwonił dzisiaj, kiedy byłam z mamą na zakupach. Dokładnie w pierwszy dzień astronomicznej wiosny oraz (jak poinformowała mnie rozmówczyni) w Międzynarodowy Dzień Szczęścia, ale o wszystkim napiszę następnym razem.

sobota, 18 marca 2017

2302. Jako tako

Absolutnym hitem mijającej już (przynajmniej taką mam nadzieję) zimy były zakupione po zdanym egzaminie z PJM różowe kapcie z czułkami (bez nich moje stopy nie dałyby rady) oraz golfy, z którymi przeprosiłam się po kilku latach ich całkowitego nienoszenia. Szyja jest bowiem moim kolejnym newralgicznym miejscem, które lubi ciepło i opatulenie.

Jak już wspomniałam w poprzednim poście, w czwartek miałam rozmowę o pracę. W przeddzień przejrzałam zawartość szafy, by zorientować się co założę następnego dnia, żeby jako tako się zaprezentować. "Jako tako", jak się za chwilę okaże, będzie tu sformułowaniem kluczem.

Gdyby nie ciucholandy, chińskie supermarkety, czy stoiska na bazarze, nie wiem gdzie mogłabym kupować ubranie w rozsądnej cenie.

Wracając do meritum - wszystko byłoby ładnie i pięknie, gdyby nie fakt, iż obwód w talii wciąż rośnie, a spódnica z grudnia odmówiła współpracy w czwartkowy poranek. Na wdechu udało mi się ją zdjąć. Cudem!

W pośpiechu (bo czas mi się dramatycznie kurczył) potrzebowałam wymyślić plan B. Jest sukienka! Co prawda z krótkim rękawem, ale założę żakiet i powinno być dobrze. Powinno, ale niestety... Sterczący brzuch zepsuł efekt i skrócił długość, która nijak nie pasowała nie tylko na rozmowę o pracę, ale która w ogóle nie nadaje się teraz do wyjścia na ulicę.

Nie mając już wyboru (choć przez chwilę przez głowę przemknęła mi myśl o dżinsach), znowu na wdechu, wcisnęłam się we wspomnianą wyżej jedyną jako tako nadającą się spódnicę, ratując zepsuty suwak dwiema agrafkami.

Jeśli ktoś uważa, że to koniec problemów, jest w błędzie. Bluzka, którą sobie zaplanowałam, nie zasłaniała tych nieszczęsnych agrafek. Żakiet wyglądał beznadziejnie w połączeniu z inną bluzką. Naprędce (czas naglił) założyłam malinowy T-shirt i granatowy luźny sweter, a zbyt duży dekolt zamaskowałam beżowo-granatowym kominem.

Czułam się właśnie jako tako, a tak naprawdę strasznie źle. Wnioski, które wyciągnęłam, były smutne - że nie mam ani porządnej spódnicy, ani porządnej bluzki, ani porządnego żakietu, ani porządnych spodni, które byłyby bazą do stworzenia zestawu na rozmowę o pracę.

Co gorsze - oczywiście, że mogę sobie taki zestaw zakupić, ale w związku z tym, iż obwód w pasie jest coraz większy, nie mam żadnej gwarancji, że uda mi się choć raz założyć to, co w chwili przymierzania będzie miało właściwy rozmiar, bo za kilkanaście tygodni może on ulec zmianie.

Jakby tego było mało, w piątek, kiedy chciałam rozsunąć suwak kurtki zobaczyłam, że wkręcił się w niego szal. Zrobił to na tyle skutecznie, iż jedyną opcją pozbycia się odzienia wierzchniego było zrobienie dziury w różowym materiale.


Podobnie jak felerna spódnica, szal również znalazł się w koszu. I tu znowu wracam do punktu wyjścia - gdyby nie fakt, iż obie rzeczy pochodzą z ciucholandu i nie kosztowały wiele, przy takich sytuacjach jak opisane powyżej, straciłabym nie tylko sporo nerwów, lecz także i pieniędzy.

czwartek, 16 marca 2017

2301. Na szybko

Trzyosobowy dream team (wciąż w tym samym składzie) zasiadł do stołu i po prawie dwugodzinnym oczekiwaniu na dostawcę skonsumował największą pizzę w mieście, popijając ją zieloną herbatą, po czym poprawił jeszcze sokiem pomarańczowo-bananowym z nowego blendera oraz świeżo zaparzoną kawą ze spienionym mlekiem. Wszyscy przeżyli - cali, zdrowi i bez problemów żołądkowych.


Po trochę trwającym rekonesansie zakupiłam wreszcie nasz docelowy zapas herbat liściastych - zieloną, czerwoną i czarną Earl Grey (ulubioną Męża), które na razie poczekają sobie aż wykończymy wszystkie torebkowe.




Dyrektor Wykonawczy wrócił dziś do fabryki po swoim przymusowym areszcie domowym, a ja zamiast do mamy po zakupy, pojechałam na rozmowę w sprawie pracy. Bez złośliwości rzeczy martwych się nie obyło - dowód poniżej, ale o szczegółach napiszę oddzielnie, bo to dłuższa historia.


Może   ta  felerna   spódnica,  z   odmawiającym   współpracy   suwakiem, uratowana  na  szybko agrafkami, okaże się szczęśliwa?

wtorek, 14 marca 2017

2300. Postępy

Dokładnie piątego marca zobaczyłam pierwsze przebiśniegi. Niestety, nie miałam ze sobą aparatu i nie zdążyłam ich uwiecznić.

Wczoraj widziałam pierwsze żółte krokusy. A dzisiaj natrafiłam na coś takiego. Zdjęcie kiepskie, bo robione komórką.


Pogoda trochę wariuje - raz ciepło, a raz zimno. Nie wiadomo jak się ubrać, żeby albo się nie przegrzać, albo nie szczękać zębami.

W sobotę wyszłam jedynie do chińczyka po spinacze dla ojca i do hurtowni zoologicznej po pięciokilogramowe wiaderko piachu dla naszego kanarka. Wiało okrutnie i z ulgą zamknęłam za sobą drzwi wejściowe do klatki schodowej.

W niedzielę byłam tylko w kościele. Mąż też poszedł, bo mamy dosłownie rzut beretem, więc była okazja do zaczerpnięcia odrobiny świeżego powietrza.

W poniedziałek bite cztery godziny siedziałam u fryzjerki, a w drodze powrotnej zrobiłam dla nas zakupy jedzeniowe, gdyż lodówka zaczynała świecić pustkami.

Dzisiaj bladym świtem zaniosłam do badania mocz i dałam sobie pobrać krew. Później byłam razem z mamą na osiedlu po potrzebne jej produkty. Wracałam z ciężką siatką, bo weszłam jeszcze po biedronkowe zakupy, które ledwo przytargałam do kawalerki. Padłam na sofę - bolała mnie już prawie każda kosteczka.

Poważnie rozważam zakup radiowozu (dla niewtajemniczonych - u nas tak się mówi na wózek/torbę na kółkach), gdyż opcja niejedzenia raczej nie wchodzi w grę. Dowóz do domu też nie jest dobrym pomysłem - raz, że trzeba dodatkowo za niego płacić, a dwa, że nigdy nie mam pewności co mi ktoś wybierze.

Największym plusem przymusowego aresztu Dyrektora Wykonawczego jest niesamowity postęp w oswajaniu się Pepe oraz zmiana podejścia Głosu Rozsądku do naszego kanarka. Najpierw ptaszek odważył się przylatywać do pojemnika z ziarnem trzymanego przez któreś z nas w dłoni, a teraz doszło do tego, że do obiadu zasiadamy we troje.


Pierwszy kanarek, jakiego miałam jeszcze w podstawówce, był na tyle z nami zaprzyjaźniony, że stał po drugiej stronie talerza i jadł z niego ziemniaki, a potem wskakiwał na szklankę i z niej pił. Czy (i kiedy) Pepe nam do tego stopnia zaufa? Jak na pół roku przebywania z nami uważam, że i tak bardzo dobrze mu idzie.

piątek, 10 marca 2017

2299. Nic nadzwyczajnego

Jak dobrze jest czasem posłuchać samej siebie i nie robić czegoś kiedy: raz, że jest za ciemno, a dwa, że nie ma się już siły. Mowa o przesadzaniu kwiatków, za które chciałam brać się wczoraj wieczorem, a w ostateczności przełożyłam je na dzisiejszy poranek.

Co prawda Mąż z nieukrywanym zainteresowaniem przyglądał się moim poczynaniom i co rusz wyrażał swoje zdziwienie brakiem logiki i organizacji w działaniu (stwierdził, że jestem nieposkładana i nieprzygotowana), ale zupełnie nie mam pojęcia o co mu chodziło.

Geranium, grudnik oraz żonkile dostały nowe i większe doniczki, a zaszczepki mięty olbrzymią donicę. Posiałam też sałatę dla Pepe, który z góry nadzorował całą operację, fruwając mi nad głową i lądując oczywiście na którejś z dwóch roletek.



Zawiozłam (autobusem!) zwolnienie Dyrektora Wykonawczego, a potem poszłam do doktora Tomasza, który poratował mnie receptą na Euthyrox (zostały mi jeszcze tylko dwie tabletki) oraz skierowaniem na badanie krwi (TSH) i moczu.

Byłam też na biedronkowych zakupach, a tam oczom mym ukazał się widok iście świąteczny, aczkolwiek spodziewałbym się raczej jajeczek, kurczaczków i baranków, a tu piernikowe choinki w ilościach hurtowych.


Na obiad Głos Rozsądku ugotował spaghetti z zielonym pesto i mozzarellą. Takie proste, a takie pyszne danie - jedno z moich ulubionych.

Zjadłam, wypiłam zieloną herbatę, wzięłam siatkę w dłoń i znowu do sklepu. Tym razem po mleko, jabłka, marchewkę, szczypiorek, pomidory i odkamieniacz.

Wróciłam, wypiliśmy świeżo zaparzoną kawę ze spienionym mlekiem, a później Mąż zrobił sok bananowo-jabłkowy.

Niby nic nadzwyczajnego się nie dzieje, a tak mi radośnie, spokojnie i szczęśliwie na duszy.

czwartek, 9 marca 2017

2298. Niespodzianki

Jakie to wygodne rozwiązanie - siedzi sobie człowiek w domu, wchodzi na stronę biblioteki, wyszukuje książkę, rezerwuje ją jednym kliknięciem, a następnego dnia idzie i ją wypożycza. Dzięki temu przekonam się czy film w pełni oddał jej treść.


Ostatnio zamówiłam najpierw jedną, a teraz drugą książkę dla ojca, bo najwyraźniej po nim odziedziczyłam uczucie do słowa pisanego. Dzisiaj znalazłam mu jeszcze trzecią, ale to niespodzianka - podobnie jak dwie poprzednie.

Oczywiście nie zapomniałam też o sobie. Marcowe pozycje traktują o zdrowiu, odżywianiu oraz miłości.



Wystarczyło kilka godzin, by żonkile w doniczce otworzyły się na nowe doznania i na siebie nawzajem.


Przemaszerowałam dziś ponad 10 kilometrów. Byłam z mamą na zakupach, przyniosłam jej siatkę (chyba najlżejszą z dotychczasowych), kupiłam dla nas mięso mielone do spaghetti, które miało być na obiad. Zadzwoniłam do Męża, że już wracam, a w odpowiedzi usłyszałam: "wróć i zabierz Pepe, bo jak nie lata po pokoju, to śpiewa".

Teraz, zanim któreś z nas przyjdzie do domu, dzwoni do tego drugiego, żeby zagonił kanarka do klatki i zamknął drzwiczki, gdyż nasz skrzydlaty przyjaciel cierpi chyba na ptasie ADHD i większość czasu spędza na wybiegu, a właściwie na wylocie.

Otwieram drzwi, zdejmuję buty i kurtkę, a Dyrektor Wykonawczy prosi, żebym zamknęła oczy. Potem obraca mnie w kierunku stołu, a tam dość niecodzienny widok, czyli spóźniona niespodzianka z okazji Dnia Kobiet. Na szczęście zamówiona przez telefon i dostarczona do domu.


Objadłam się jak bąk, więc w ramach spalania choćby ułamka procentowego spożytych kalorii poszłam jeszcze po dwudziestolitrowy worek ziemi do kwiatów, który ledwo przytachałam do kawalerki.

A spaghetti z mięsem mielonym zjedliśmy na kolację.

środa, 8 marca 2017

2297. Pan Mąż jest chory i nie chce leżeć w łóżeczku

Właśnie mija trzeci dzień chorobowego aresztu Męża, a dla mnie najlepszym ratunkiem jest ewakuowanie się z domu, gdyż pacjent daje mi się nieraz we znaki - bynajmniej nie dolegliwościami bólowymi (w tej kwestii słucha się lekarza - łyka proszki i pozwala się smarować), ale marudzeniem, niechęcią do leżenia i szukaniem sobie (z nudów) zajęcia.

W poniedziałek był u naszego ulubionego doktora, więc można powiedzieć, że zaliczył spacer. Wczoraj musiał zrobić badania krwi i moczu, dzięki czemu również odetchnął przez chwilę świeżym powietrzem. Potem szlaban, a Dyrektora Wykonawczego nosi. Dzisiaj jak mnie nie było, wymopował podłogę, za co dostał porządny ochrzan, że nie dba o swoje zdrowie.

W związku z zakazem opuszczania kawalerki przez Męża kwiatki (w dwóch wersjach) na Dzień Kobiet kupiłam sobie sama.


Sama przytargałam też nasz nowy blender, ale soki produkuje już Dyrektor Wykonawczy. Nie wiedziałam, że zwykła pomarańcza z bananem są takie pyszne. Głos Rozsądku się cieszy, bo w pakiecie jest młynek do kawy, który mu się od dłuższego czasu marzył.



Mamy też nowy spieniacz do mleka, bo poprzedni się zużył i nie dało rady go naprawić. Na szczęście ten gadżet nie kosztuje majątku.


W poniedziałek była u nas właścicielka mieszkania, a dzisiaj Czarnula, która załapała się na degustację świeżego soku. Nie widziałyśmy się przez miesiąc, a jako że w przyszłym tygodniu ona wyjeżdża do swojego faceta, więc spotkamy się dopiero albo pod koniec marca, albo już w kwietniu.

A ja kursuję po całym mieście, robię zakupy dla nas, dwa razy w tygodniu jestem u rodziców, załatwiam wszystko co trzeba, więc mało siedzę w domu, bo prawie wszędzie chodzę na piechotę. 

W tym tygodniu czeka mnie dostarczenie zwolnienia Męża do jego pracy, wizyta u lekarza (kończy mi się Euthyrox i wypadałoby oznaczyć poziom TSH po ponad roku od ostatniego badania), przytachanie worka ziemi z kwiaciarni i przesadzenie kilku kwiatków, wyjście z mamą po zakupy dla rodziców i pewnie coś tam jeszcze po drodze się urodzi (a jak nie, to i tak coś wymyślę).

poniedziałek, 6 marca 2017

2296. Podwójnie

W sobotę, razem z Mężem, odebraliśmy mamę od fryzjera i udaliśmy się na konsumpcję z okazji Dnia Kobiet. Tym razem było zdrowo, bo domowo, choć barowo. Nasza ulubiona wątróbka wieprzowa z cebulką i ziemniaki plus surówka i kompot przypadły rodzicielce do gustu. I jak do dzisiaj nie miała po nich żadnych skutków ubocznych.

Potem odprowadziliśmy mamę na autobus, a sami (na piechotę) poszliśmy poszukać jakiegoś kwiecia, którym Dyrektor Wykonawczy jeszcze tamtego popołudnia obdarował rodzicielkę. Święta dwa, bo i Dzień Teściowej i Dzień Kobiet. Były też podwójnie słodkie całusy jako dodatek do życzeń.


W sumie w sobotę przeszliśmy ponad 15 km. W niedzielę prawie 13 km. Mnie nic nie było, bo jestem przyzwyczajona do chodzenia. Codziennie przemierzam kilka kilometrów, ale Mąż to insza inszość, gdyż jego trasa w dni powszednie ogranicza się do dojścia na przystanek i z powrotem.

22 nadprogramowe kilogramy, które dźwiga od lat jego kręgosłup plus organizm nieprzyzwyczajony do maszerowania zaowocowały dzisiejszą wizytą u doktora Tomasza, receptą na mocne leki i maść, a także dziesięciodniowym zwolnieniem z pracy z adnotacją, że pacjent ma leżeć.

Mam więc teraz "pod opieką" dwa domy, czyli podwójne dźwiganie siatek i jeszcze więcej chodzenia. Czeka mnie również samotna wycieczka do sklepu po odbiór zamówionego blendera oraz przytachanie wielkiego worka ziemi z kwiaciarni.

piątek, 3 marca 2017

2295. Plan

Samo południe, prawie centrum miasta, a w środku pełno ludzi w różnym wieku. Tak było na mszy w kościele we środę. Jeden z braci nie żałował popiołu, który dosłownie sypał się ludziom z głów. U mnie wtarł się we włosy i sprawił, że były sztywne, tępe i matowe. Ale nic to - przynajmniej namacalnie odczułam wydźwięk tamtego dnia.

Jak postanowiliśmy z Mężem, tak wdrażamy nasz plan w życie. Chodzi oczywiście o rezygnację ze słodyczy. W razie nagłego wypadku (bo całkowite odstawienie cukru może być dla organizmu wstrząsem), mamy poczynione zapasy suszonych owoców i orzechów. Zakupiłam też składniki na dwie mieszanki, które będziemy dodawać do naturalnego jogurtu.


Pierwsza składa się z wiórek kokosowych, słonecznika, dyni, sezamu, siemienia lnianego (100 g każdego) oraz cynamonu, a w drugiej są otręby granulowane z żurawiną, nasiona chia (200 g) i cynamon.


W oczy, a potem w ręce, wpadły mi także nowe herbaty, które od razu po przyniesieniu do domu przetestowałam. W moim rankingu bezapelacyjne wygrywa pietruszka z limonką, ale pozostałe dwie smakują równie ciekawie.



Jak jestem przy herbacie, to pociągnę ten temat. A mianowicie - kiedy wypijemy te z torebek (wygodne, ale ponoć niezbyt wartościowe), przerzucimy się na sypane (choć zieloną od dawna już pijemy w tej postaci). W związku z powyższym nabyłam gustowne zaparzacze, żeby mieć problem fusów z głowy (a raczej z kubka, czy filiżanki).


A wczoraj, z okazji "na dobry dzień" dostałam od Dyrektora Wykonawczego pierwsze w tym roku tulipany.